blog.michalt.pl

Nie mam pomysłu na życie... hmmm... Już wiem! Pójdę do IT!

20.10.2020 1:29 Tech

Ten wpis miał powstać dawno temu. Zbierałem się do niego bardzo długo. Niestety, mam też zakolejkowane dużo innych niegotowych artykułów. Ale do rzeczy. Świat zalewa fala nowych, niewykwalifikowanych programistów. Niby fajnie, bo ludzie znajdują nową, czasem lepszą pracę i wszyscy są szczęśliwi. Można by dojść do wniosku, że ten artykuł to taki za przeproszeniem, mój ból tyłka. Bo ja musiałem zrobić studia, sraty-pierdaty itd... Moim zdaniem, nic bardziej mylnego. Uważam, że nie ma nic gorszego od informatyka-dziennikarza, informatyka-kucharza, informatyka-ubezpieczeniowca, informatyka-policjanta, informatyka-{wpisz tu co masz ochotę}, który...

Dlaczego? Opowiem Wam o tym w dalszej części wpisu i przytoczę kilka anegdotek.

Niestety, IT stało się branżą w której coraz rzadziej można spotkać pasjonatów, a coraz częściej ludzi, którzy starają się wycisnąć z niej jak najwięcej kasy, jak najmniejszym zaangażowaniem. Problem ten dotyczy zarówno przedsiębiorców jak i pracowników.

Od strony pracodawcy

Pracodawcy w IT coraz częściej starają się znaleźć jak najtańszego pracownika, który będzie jak najbardziej do wszystkiego. Tu jako jeden z przykładów, artykuł z money.pl: klik

Czasami niektórzy pracodawcy IT podają stawki i czasem są one tak szokująco niskie, że bardziej opłaca się iść do pracy na kasie w sklepie lub do magazynu. Coraz częściej zdarza mi się widzieć widełki 3000-4000zł brutto.

Czy aby na pewno bardziej opłaca się iść do sklepu? W końcu w sklepie trzeba się napracować, a tu biureczko, darmowa kawusia i można by pomyśleć: jaka ta praca programisty jest lekka… Wiecie co? Co groteskowe, często taka bywa. Szczególnie w firmie w której ktoś szuka pracownika, który zrobi szybko i niestety byle jak. Gorzej jeśli ktoś kompetentny musi to poprawiać.

Tu z pomocą przychodzą różnego rodzaju bajeranckie kursy, które zrobią z Ciebie programistę w miesiąc albo trzy. Szkoły typu Software Development Academy, InfoShare Academy itp.

Naucz się Javy i zostaniesz programistą! Zostań testerem dzięki kursowi!

Czy aby na pewno?

Praca z informatykiem-nieinformatykiem – czas na historie z życia wzięte, a także kilka wniosków.

Historyjka 1

Zacznijmy od Comarch, który sąsiadował kiedyś z firmą w której pracowałem. Jadąc kiedyś windą słyszałem rozmowę bodaj stażystów z firmowymi smyczami na szyjach. Brzmiało to mniej więcej tak:

Teraz będą CSS-y i JavaScripty… Ogarniasz coś z tego? Bo ja nic za ch**a.

Historyjka 2

Być może koleś, o którym będę tu wspominał skończył informatykę – jeśli tak, to chyba kupił dyplom na zielonym rynku na Przymorzu. Pewnego dnia, zatrudniłem się w pewnej firmie, otrzymałem pewien projekt, który nim trafił na produkcję był opóźniony o co najmniej rok. W jego ramach trzeba było przygotować między innymi sieć powiązanych ze sobą stron internetowych. Gdy przystępowałem do niego, strony były już na produkcji. Jak to działało? Slajdery się rozpadały, stylowanie paginacji się rozpadało, po uruchomieniu trybu dla niedowidzących strona się rozpadała i rozjeżdżała, RWD leżało i się rozpadało, a także większość funkcjonalności, która nie weszła na produkcję bo nie działała. Kod CSS to jedno wielkie !important. Ale nie to było najlepsze. Najpiększniejsze były templaty PHP w których można było znaleźć połączenia z bazą danych i zapytania… Myślicie, że zapytania do kilku tabel posiadających relacje były połączone? Hehehe :D Nope... Wyniki bywały łączone w PHP. To jeszcze nie koniec…

Całość była napisana pod pewien duży system zarządzania treścią, który posiadał bardzo obszerną i dosyć czytelną dokumentację. Zatem można by się spodziewać, że różne nowe funkcjonalności były pisane jako moduły do ów systemu. Nope... Były w odrębnych katalogach jako kod pisany od podstaw.

To tak w skrócie… Śmieszków było więcej i można by napisać o tym kilka obszernych artykułów.

Historyjka 3

Trafiłem kiedyś do pewnego zagranicznego projektu. Mój zespół był zdecydowanie kompetentny. Rzecz jednak nie dotyczy mojego programistycznego teamu, ale testerów. Wśród testerek były 2 humanistki. Jedna z nich była pod moimi skrzydłami (jakby coś tam to mea culpa itd), druga zaś pojawiła się bo znała pewien język obcy – była po filologii.

Pewnego dnia wyłączyła nieprawidłowo komputer z zainstalowanym Linuksem (hard reset lub rozładowana bateria). Po ponownym uruchomieniu laptopa „pojawił się jakiś dziwny tekst na czarnym tle i komputer nie chciał się uruchomić” - a dokładnie była to informacja o sprawdzaniu dysku (które można było pominąć) oraz o czyszczeniu osieroconych i-nodów. Jak skończyła się historia tego biednego laptopa? Koleżanka zgłosiła awarię i niestety sprzęt wylądował w serwisie. :(

...ale to nie wszystko…
Problemy nie ominęły również drugiej osobniczki płci pięknej z testerskiego duetu, którą ja wprowadziłem do firmy. Ona również borykała się z pewnymi problemami, ale ich natura była dosyć ciekawa, bo usterki w systemie pojawiały się z bezmyślnie „ skopiowanych z internetu” komend, które albo ów osoba znalazła, albo przesłał je jej któryś z kolegów.

To jeszcze nie koniec...

Jak zapewne zauważyliście (choćby po treści mojego bloga), jestem miłośnikiem języka C++, w związku z czym bliżej mi do Javy niż PHP – stąd też dobór technologii pod bloga. Gdy wiedziałem, że projekt w PHP w którym uczestniczyłem, zbliża się ku końcowi, zgłosiłem się do szefostwa w sprawie zmiany technologii – chciałem przenieść się na Jave. Osiągałem dobre wyniki, nawet jako jedna z niewielu osób w firmie otrzymałem podwyżkę za postępy w pracy. Szefowie bez weryfikacji moich umiejętności z zakresu znajomości ów języka nakazali mi zrobić certyfikat OCA – przygotowywałem się do niego i dosłownie na moment przed tym, gdy chciałem poprosić (na lojalkę ofc.) w administracji o zgłoszenie mnie do certyfikacji, otrzymałem informację, że wcześniej muszę przystąpić do certyfikacji Professional Scrum Developer (co wiązało się z porzuceniem OCA i ponowną nauką) – rzecz w tym, że Scrum w tej firmie to głównie wisiał na ścianach – mało który (jeśli jakiś w ogóle) zespół pracował w Scrumie. Wynikało to z różnych faktów, czasami było to wręcz niemożliwe bo zespoły były za małe. Poszedłem do prezesa porozmawiać na ten temat i zgłosiłem, że dla mnie priorytetem jest Java. Prezes miał inne plany: po skończeniu projektu którym się zajmowałem, miałem zostać (w moim odczuciu zdegradowany – pod kątem możliwości rozwoju) front-end developerem i zajmować się stroną firmową. Inna możliwość nie wchodziła w grę. Więc niespełna miesiąc po podwyżce, wypowiedziałem umowę. Dalsze zachowanie prezesa to groteska i być może temat na inny wpis. W każdym razie, dowiedziałem się, że około 2 lata później zatrudniono człowieka po kursie programowania z wykształceniem dziennikarskim na stanowisko Java Developer – bez certyfikatu – podobno nieogarniętego.

Historyjka 4

Tu też mamy do czynienia z testerką, która informatyki nie skończyła. W dniu w którym miały miejsce wydarzenia z opisywanej historyjki, miałem szkolenia z różnych firmowych, wewnętrznych zagadnień. Zauważyłem, że koleżanka ma problem, postanowiłem pomóc i powiedziałem jej, żeby uruchomiła aplikację w wierszu poleceń z argumentem debug. Ta na mnie nakrzyczała, że ona nie wie jak to zrobić i nie wie co to ten wiersz poleceń. Wtrącił się kolega, który zwrócił jej uwagę na to, że ja staram się jej pomóc bezinteresownie, wykonuję pracę, która do mnie nie należy i spóźniam się na szkolenie, a ona na mnie niesłusznie krzyczy. Kolega powiedział jej, że wiersz poleceń to takie czarne okienko i uruchomił je na jej komputerze. Ona na to dalej z krzykiem: Ale ja nie znam się na czarnym okienku! To nie ja powinnam robić takie rzeczy!

Serio? Tester oprogramowania nie musi umieć uruchomić aplikacji w trybie tekstowym dopisując argument „debug”?

Podsumowując

Takich historii mógłbym opowiedzieć dużo, dużo więcej. Choćby przykład kolegi, który nie potrafił policzyć procentów w JavaScripcie… Niektóre jeszcze gorsze zdarzyło mi się słyszeć od znajomych.

Tacy ludzie najczęściej posiadają bardzo podstawową wiedzę z wąskiego obszaru materiału. Poza nim kompletnie się gubią i NIE CHCĄ SIĘ UCZYĆ. Nie mają zamiłowania do tego co robią, nie interesują się. Wyjątki i owszem, zdarzają się, ale rzadko. Tacy ludzie psują rynek pracy, przyprawiają kolegów o wypalenie zawodowe i wytwarzają niskiej jakości oprogramowanie.

Czy zatem uważam, że do tego aby zostać informatykiem trzeba skończyć studia? Nie, zdecydowanie nie. Do tego trzeba zamiłowania

Kończąc:
Nie, nie i jeszcze raz nie! Po kursach programistycznych nie będziesz gotów lub gotowa do podjęcia pracy w IT. Do tego trzeba chociaz minimum pasji i zainteresowania. Jeśli masz pasję i odpowiednie podejście, obejdzie się bez kursów.